Monday, March 26, 2012

Napalm Death - Utilitarian

27 lutego tego roku światło dzienne ujrzał 15 album legendarnej grand-core’owej kapeli brytyjskiej Napalm Death. Któż nie zna Napalm Death, można za nimi nie przepadać, ale szacunek im się należy niewątpliwie. Jeden z największych gigantów muzyki ekstremalnej wcale nie zamierza zwalniać tempa, płyta „Utilitarian” niesie jakieś przesłanie z którym może nie do końca się zgadzam (znane są lewackie poglądy Marka ‘Barney’a’ Greenway), ale w przypadku muzyki metalowej, teksty nigdy nie miały dla mnie decydującego znaczenia, liczy się przede wszystkim muzyka. Płyta zaczyna się utworem „Circumspect”, wolnym i ciężkim, ale tez klimatycznym, po nim jednak już nie ma litości „Errors In The Signal” i wszystko jasne nie będzie żadnej zmiany stylu, a pierwszy utwór odbierać możemy jako intro. I tak do końca, niektóre utwory są bardziej grand-core’owe inne maja w sobie odrobinę hard-core’a. W Świetnym skąd inąd „The Wolf I Feed” początego zalatuje punk rockiem, na wokalu skrzekliwy Mitch Harris, a w tle potężne ryczenie Barneya, mało tego w utworze tym Barney daje próbke swoich możliwości przy wykorzystaniu czystego wokalu. Utwory jak „Quarantined” czy „Blank Look About Face” czy kończący płytę „A Gag Reflex” mogą wywołać ciarki na grzbiecie. Bez dwóch zdań płyta jest świetna i dla mnie jak dotąd numer jeden w tym roku. Napalm Death mimo upływu lat ma się świetnie i oby trwało to jak najdłużej. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze tylko, że całośc zamyka się w 16 utworach trwających ok. 45 minut, czyli w standardzie

Napalm Death - Utilitarian
1. Circumspect 2:17
2. Errors in the Signals 3:02
3. Everyday Pox 2:12
4. Protection Racket 4:00
5. The Wolf I Feed 2:57
6. Quarantined 2:47
7. Fall on Their Swords 3:57
8. Collision Course 3:14
9. Orders of Magnitude 3:21
10. Think Tank Trials 2:27
11. Blank Look About Face 3:12
12. Leper Colony 3:23
13. Nom de Guerre 1:07
14. Analysis Paralysis 3:23
15. Opposite Repellent 1:22
16. A Gag Reflex 3:30


Napalm Death - The Wolf I Feed

Thursday, March 22, 2012

Włoski MG-42...

Kwintet z Włoch Paolo Rossi, Francesco Paoli, Cristiano Trionfera, Tommaso Riccardi i Francesco Ferrini tworzą muzykę zwaną symphonic death metalem, jest to połączenie ciężkiego i szybkiego deathowego grania z elementami symfonicznymi najczęściej w wykonaniu orkiestry. Najbardziej znanym przedstawicielem gatunku jest niewątpliwie Dimmu Borgir, jak również doskonale u nas znany grecki Septicflesh. Płyta „Agony” zaczyna się jak to zwykle bywa delikatnym intrem, utwór „Temptetion” ma za zadanie budować nastrój napięcia i przyznać muszę, że robi to doskonale 1:47 mija szybko i po nim się zaczyna… Początek „The Hypocrisy” doskonale się wkomponowuje jako przedłużenie intra, tyle, że nie ma tu już mowy o budowaniu nastroju… Blasty robrzmiewające z szybkości pocisków wypluwanych przez Maschinengewehr 42, brutalne wokale, przerywane czystymi partiami, do tego agresywne i szybkie riffy. Przez to wszystko przebijająca się cały czas gala muzyki symfonicznej, która w tym wypadku tworzy jedne człowiek na syntetyzatorze, klasyka. Na zakończenie zespół serwuje nam tytułowe Agony, który jest utworem zagranym na… fortepianie, daje on niezłe wyciszenie bo tej eksplozji muzyki jaka towarzyszyła nam wcześniej. Dla mnie ostatnia płyta Fleshgod Apocalypse to naprawdę świetna pozycja, technicznie nic mu nie jej zarzucić, jest nastrój, 50 minut dobrej muzyki, jedyne do czego można by było się przyczepić to tempo blastów, które trochę przez swe niemalże jednostajne aczkolwiek zdecydowanie za szybkie tempo, są trochę monotonne, gdyby było więcej przejścia, a nie jednostajny napieprz było by jeszcze lepiej.

Fleshgod Apocalypse - Agony
1. Temptation 1:47
2. The Hypocrisy 5:31
3. The Imposition 4:58
4. The Deceit 6:03
5. The Violation 4:19
6. The Egoism 6:22
7. The Betrayal 5:31
8. The Forsaking 5:37
9. The Oppression 6:04
10. Agony 3:34


Fleshgod Apocalypse - The Hypocrisy

Wednesday, March 21, 2012

Szwedzki wehikuł czasu...

Szwedzki Entrecht bynajmniej nie brzmi jak szwedzka kapela, brzmi jak kapela niemiecka z końca lat 80tych, a czasami jak pewna amerykańska kapela również z końca lat 80tych. Słuchając płyty „Inevitable Decay” ma się wrażenie podróży w czasie, wszak płyta wydana została w ubiegłym roku. Z płyty płynie do nas świetny thrash taki old-school’owy, inspiracje Kreator’em czy Sodom’em prześcigają się z solówkami rodem ze Slayera. Cóż mogę powiedzieć świetna płyta dla kogoś kto wychował się na metalu z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wokalne popisy Fredrika Pellbrinka jako żywo przypominają charakterystyczny śpiew Mille Petrozzy. Poza wokalista i gitarzysta Frederikiem w skład zespołu wchodzi jeszcze basista Joel Sundin i perkusista Victor Holmström. Na płytę składa się 8 utworów trwających niecałe 40 minut, czyli standard. Myślę, że powinna to być obowiązkowa pozycja dla tych co wzdychają za starymi czasami, za wysokimi białymi butami sportowymi, obcisłymi spodniami i kamizelkami obszytymi naszywkami, w tej płycie jest ten klimat, można się poczuć jak za starych dobrych lat, kiedy jeszcze byliśmy młodzi, mieliśmy bujne czupryny i żadnych kredytów w bankach…


Entrench - Inevitable Decay

1. As Dawn Breaks 4:51
2. Debt of Sorrow 5:18
3. Portrait of a Phobia 6:25
4. Into Oblivion 4:13
5. Doubt What's Left 4:31
6. Blind Illusion 4:57
7. Crossing the River 2:07
8. Where Only Ruins Remain 7:10


Entrench - Into Oblivion

Tuesday, March 20, 2012

Szwedzki death metal w austriackiej odsłonie...

Austriacki zespół Epsilon znana do tej pory z dwóch EPek, kojarzony głównie z Thrash metalem, wydał w zeszłym roku płytę „Truly Yours And In Love” w której jednak trudno doszukiwać się brzmień thrash metalowych. Płyta co prawda zaczyna się utworem „Corajón Andient” granym na hiszpańską gitarę akustyczną, który to jednak potraktować możemy raczej jak intro, później jest już tylko mocniej, szybciej i głośniej. Dziewięć kolejnych utworów to death metal, z licznymi melodycznymi wstawkami. Świetne przejścia, dynamiczne riffy, mocne blasty i ciekawe melodyjne solówki każą nam klasyfikować te Epsilon do grona wykonawców melodyjnego death metalu. Chwytliwe melodie utworów czynią ten album naprawdę ciekawą pozycją w powoli umierającym nurcie melodyjnego death metalu. Jedyny mankament to nieco monotonny wokal Krise, któremu brakuje czystych partii. W każdym bądź razie Epsilon jest ciekawa alternatywą dl wszystkich zniechęconych przemianami rodem z Goeteberga, takie utwory jak „Lady Shaver”, „Foxy Knoxy”, „As The Sea” czy chociażby „La Boum” powodują, że przenikają nas przyjemne dreszcze, a noga sama wystukuje rytm. Melodie zapadają w pamięci i trudno odbierać te płytę inaczej niż dobrze.

Epsilon - Truly yours and in love
1. Corazón Ardiente 01:20
2. Come Pain Come 04:34
3. Lady Shaver 04:58
4. (As Long As You) Submit To Supremacy 03:56
5. Foxy Knoxy 03:50
6. Cicatrix Dolorosa 03:54
7. As The Sea 04:45
8. Them Dead 03:29
9. Schwertransport 04:54
10. La Boum 05:33


Epsilon - Lady Shaver

Wednesday, March 14, 2012

Neoandertals - Ebu Gogo Gutting The Child

Neoandertals to estońska kapela grająca muzykę z pogranicza grand-core’u i brutal death metalu. Muzyka ta nie urzeka technicznymi riffami, potężną perkusją czy siłą wokalu, zespół gra muzykę porażającą prymitywizmem, środki przekazu są równie proste bass i perkusja. Sama okładka może już na wstepie sugerować, czego powinnismy sie po drugiej płycie Neandertalczyka spodziewać. W skład zespołu wchodzi Rain Pohlak wydający z siebie dźwięki oraz okraszający je basem, i piękniejsza częsć Neandertalczyka czyli Sandra Vungi, perkusistka. Album „Ebu Gogo Gutting the Child” składa sie z 9 utworów trwajacych 32 minuty, totalnej i masakrycznej sieczki. Cóz mozna więcej napisac o tej płycie, na pewno nie brakuje jej ekspresji, aczkolwiek prymitywizm użytych srodków może nieco odstraszać, a nawet prowokowac pytanie czy to jeszcze jest muzyka? Myślę, że najlepiej samemu posłuchac i przekonać się, czy ten zestaw dźwięków ma szansę do nas trafic czy może niekoniecznie.

Neoandertals - Ebu Gogo Gutting The Child
1. Homo Floresiensis 06:22
2. Child 02:58
3. Cut-Throat 02:44
4. Funeral Ejaculation 03:44
5. The Gutter 02:53
6. Entombment 02:35
7. Unburying the Carrion 04:04
8. Diet of Worms 02:24
9. Survival Beyond Death 04:54


Neoandertals - Child

Thursday, March 8, 2012

As I Lay Dying - Decas

Jeden z czołowych metalcore’owych zespołów amerykańskich As I Lay Dying uraczył nas ostatnio dosyć ciekawym i w sumie nietypowym wydawnictwem. „Decase” bo o tej płycie mowa składa się z zaledwie trzech nowych utworów, czterech cover’ów i pięciu utworów, które są remixami starszych utworów AILD. Zacznijmy od trzech premierowych kawałków, trzy dobre metalcore’owe brzmienia z odpowiednia dawką agresji. Świetnie się ich słucha i pozostawiają po sobie spory żal, że nie ma ich na tej płycie więcej. Dalej mamy covery i zaczynamy z „wysokiego C” jakim niewątpliwie jest „War Ensamble” Slayera, no cóż zagrany został poprawny, ale partia wokalna już jakby trochę nie pasowała, ale to oczywiście moje subiektywne odczucie. Dalej mamy dwa covery Judas Priest bardzo poprawnie zagrane, nie jestem fanem tego rodzaju muzyki, więc trudno mi tutaj zabierać zdanie, ale pewnie mogą się podobać, bo mnie się podobały. Zespołu Descendents nie znam, ale wykonanie AILD utworu „Coffie Mug” to 40 sekund hardcore’owej młócki. Później mamy remixy, z czego pierwszy z tej grupy nie jest remixem, tylko skladanką fragmentów utworów (tzw. medley) z ich pierwszej płyty („Beneath the Encasing of Ashes”). Cztery kolejne utwory, zamykające te płytę to typowo elektroniczne wariacje, wykonane w konwencji dupstep przez Innerpartysystem , Bena Weinmana, Kelly "Carnage" Cairns’a i Big Chocolate. Osobicie nie kupuje tego i w sumie po „Beneath the Encasing of Ashes” płyta mogłaby się skończyć. Generalnie wydawnictwo raczej kolekcjonerskie i na w pełni nową płytę przyjdzie nam jeszcze poczekać.

As I Lay Dying - Decas
1. Paralyzed 3:04
2. From Shapeless to Breakable 2:44
3. Moving Forward 3:42
4. War Ensemble 4:50
5. Hellion 0:44
6. Electric Eye 3:45
7. Coffee Mug 0:40
8. Beneath the Encasing of Ashes (re-recorded medley) 3:57
9. The Blinding of False Light (Innerpartysystem remix) 4:18
10 Wrath Upon Ourselves (Ben Weinman remix) 2:25
11. Confined (Kelly "Carnage" Cairns remix) 3:51
12. Elegy (Big Chocolate remix) 4:20


As I Lie Dying - Paralyzed

Thursday, March 1, 2012

Wikingowie jak rzemieślnicy...

Amon Amarth, szwedzki zespół potocznie zwany „wikingami” z uwagi na swój repertuar nawiązujący właśnie do wikingów jak i mitologii nordyckiej. Jedna z bardziej znanych grup z pogranicza tak zwanego melodic death metalu. „Surtur Rising” to już ósme dzieło Amon Amarth, Kto zna „szwedzkich wikingów” ten wie czego po płycie można się spodziewać, nie brakuje w niej soczystych riffów , zmian tempa i melodyjnych refrenów. Teksty jak zwykle o walkach, podbojach i bogach, od czasu do czasu w tle zlyszalny jest nawet zgiełk bitewny. Skład niezmienny praktycznie od 1998 roku zapewnia nam brak niespodzianek, utwory są wręcz powtarzalne, co akurat niekoniecznie jest tutaj zaletą. Na płycie jest również bonusowy track, który jest coverem utworu „Aerials” z dorobku System Of A Down. Nie jest to na pewno płyta przełomowa, aczkolwiek jest poprawna i miłośnikom zespołu jak i gatunku powinna przypaść do gustu. Co prawda można by się zastanawiać co ta płyta wnosi nowego, zapewne nic, poza odrobiną rozrywki, bardziej pasuje tu określenie rzemieślniczej niż artystycznej. Zapewne płyta taka miała też być Amon Amarth ma swój styl i w nim trwa, muzyka tez jakby zatrzymała się w miejscu, brak rozwoju jednemu służy innemu wręcz przeciwnie.

Amon Amarth - Surtur Rising
1. War of the Gods 4:33
2. Töck's Taunt: Loke's Treachery Part II 5:58 http://www.blogger.com/img/blank.gif
3. Destroyer of the Universe 3:41
4. Slaves of Fear 4:25
5. Live Without Regrets 5:03
6. The Last Stand of Frej 5:37
7. For Victory or Death 4:30
8. Wrath of the Norsemen 3:44
9. A Beast Am I 5:14
10. Doom Over Dead Man 5:55
11. Aerials 3:39

Amon Amarth - Destroyer of the Universe

Monday, February 27, 2012

Deicide - To Hell With God

Nowa płyta „bogobójców” wydana została w lutym ubiegłego roku, po ich ostatnim materiale „Till Death Do Us Part” podszedłem do niej bardzo sceptycznie. Glen Benton i spółka jednak tym razem stanęli na wysokości zadania. Deicide nagrał naprawdę niezły materiał, oczywiście nie jest to już to sam zespół co w latach swojej świetności, ale panowie z Florydy potrafią ciągle nagrać kawał dobrej muzyki. „To Hell With God” taką właśnie jest, na pewno nie ejst to płyta przełomowa, ani dla gatunku ani nawet dla Deicide, ale słucha się jej bardzo dobrze, nie nuży. Klasyczne growlingi Bentona, niezła szybka perkusja , dynamiczne i ciężkie riffy, nie ma też tego co lekko denerwować mogło w poprzedniej produkcji Deicide, a mianowicie przekombinowanych solówek Santolla. Reasumując, nie jest to działo wybitne, ale takowego nikt się chyba po Deicide obecnie spodziewać nie powinien, otrzymaliśmy solidne 36 minut ostrego death metalowego grania.

Deicide - To Hell With God
1. To Hell with God 4:20
2. Save Your 3:32
3. Witness of Death 3:05
4. Conviction 3:15
5. Empowered by Blasphemy 3:16
6. Angels of Hell 3:12
7. Hang in Agony Until You're Dead 3:59
8. Servant of the Enemy 3:17
9. Into the Darkness You Go 3:32
10 .How Can You Call Yourself a God 4:15


Deicide - To Hell With God

Friday, February 24, 2012

Zresocjalizowany Count?

Varg Vikernes, znany tez jako Count Grishnack i wszystko jasne! Kontrowersyjna postać, mój rówieśnik, jego życie potoczyło się jednak trochę inaczej. W czasach gdy ja katowałem tanie wina i popalałem trawkę, on palił kościoły. Od jakiegoś czasu przebywa na wolności i uraczył nas w zeszłym roku kolejną płyta swojego solowego projektu Burzum. Płyta zdecydowanie różni się od poprzednich wydawnictw Burzum i widać to już dosłownie na pierwszy rzut oka, gdyz okładka nie zawiera typowych dla Burzum mrocznych elementów, a jest reprodukcją obrazu Williama Bougureau, przedstawiającego młodą, nagą kobietę wśród kwiatów, co prawda lekko zmęczoną, ale na pewno nie mroczną czy pogańską. Na album składa się siedem, a właściwie pięć utworów (plus intro i outro). Co do samej muzyki, to również jest inaczej, jakoś tak mniej mroczno i bluźnierczo, często przewijają się folkowe brzmienia, dużo w tej muzyce brzmi łagodności. Wiele czystych wokali czy wręcz szeptów i deklamacji, a gdzieś tam w tle dopiero growling. Muzyka pozbawiona jest jakiś technicznych fajerwerków, ale na pewno ma swój klimat i słucha się tego nieźle, do tego stopnia, że nie nuży długość utworów (najdłuższy trwa ponad 10 minut). Burzum zawsze miał swoich zwolenników jak i przeciwników, nie inaczej jest zapewne i z odbiorem „Fallen”, mnie płyta się podoba ma nastrój. Świetnie sprawdzałaby się w jakieś sesji RPG lecąc sobie w tle. Nie wiem czy to pojedynczy wyskok Count’a Grishnacka czy zapowiedź nowego trendu, biorąc jednak pod uwagę płodność tego kontrowersyjnego multiinstrumentalisty już niedługo przyjdzie się nam zapewne przekonać.

Burzum - Fallen

1. Fra verdenstreet 1:03
2. Jeg faller 7:50
3. Valen 9:21
4. Vanvidd 7:05
5. Enhver til sitt 6:16
6. Budstikken 10:09
7. Til Hel og tilbake igjen 5:57

Burzum - Valen

Thursday, February 23, 2012

Brutalnie i w oparach rozkładu...

Istniejące od końca lat 80tych Autopsy zawsze ocierało się o czołówkę kalifornijskiej szkoły death metalu. Albumy „Severed Survival” czy „Mental Funeral” to już dzisiaj klasyka. Zespół rozpadł się w 1995 roku po nagraniu czterech studyjnych albumów, długo czekać musieliśmy na reaktywację. W 2008 roku członkowie zespołu zeszli się ponownie i to w składzie z początku scenicznej kariery, jedyna nową twarzą w zespole jest basista Joe Trevisano, który dołączył do zespołu w 2010 roku i nagrał z muzykami EPke „The Tomb Within”, współpraca ułożyła się na tyle dobrze, że Joe został w zespole. W ubiegłym roku wreszcie doczekaliśmy się nowego albumu Autopsy, „Eternal Macabre” nie rozczarowuje, zespół podążać zamierza droga, którą kroczył w latach 90tych. Muzyka jest ciężka i szybka, lecz nie brakuje też zwolnień. Album trwa ponad godzinę, ale mnie osobiście nie nudzi. Nie ma w nim może wirtuozerii, ale nie tego spodziewałem się po Autopsy, zespół najprostszymi środkami potrafi przekazać to co w death metalu jest najważniejsze i za co tę muzyke można pokochać. Chciałem zalać swój umysł falą brutalnej i wulgarnej muzyki, która pozwoli mi nie myśleć o trudach życia codziennego i w pełni oddać się przyjemności tarzania się w tym na wskroś death metalowym materiale, „Macabre Eternal” zapewnił mi to w całej rozciągłości. Ciężko powstrzymać się od rytmicznych ruchów głową i przytupywania nogą, muzyka ładuje baterie. Wokalista Chris Reifert klasyczne growlingi często przeplata opętańczym bełkotem, nadając utworom specyficzny klimat. Lubicie smród rozkładu i brutalna muzykę wciskającą słuchacza w fotel? Ta płyta jest dla Was.

Autopsy - Eternal Macabre
1. Hand of Darkness 5:19
2. Dirty Gore Whore 5:45
3. Always About to Die 5:15
4. Macabre Eternal 4:39
5. Deliver Me from Sanity 4:24
6. Seeds of the Doomed 5:26
7. Bridge of Bones 4:46
8. Born Undead 4:00
9. Sewn Into One 6:31
10. Bludgeoned and Brained 4:09
11. Sadistic Gratification 11:33
12. Spill My Blood 3:40


Autopsy - Hand of Darkness

Tuesday, January 24, 2012

5FDP - American Capitalist

Kolejny przedstawiciel amerykańskiej szkoły groove metalu to Five Finger Death Punch, zespół pochodzi z Los Angeles i właśnie wydał swój trzeci album „American Capitalist”. Groove jak i inne nurty metalcore’owe przez wielu konserwatywnych fanów metalu zaliczane są do tak zwanego nu metalu, mnie to jednak osobiście nie specjalnie przeszkadza, gdyż zauważam różnice pomiędzy nu metalowym graniem, a soczystym metalcore’em, gdzie ten ostatni niesie ze sobą znacznie więcej agresji i bezkompromisowego czadu, niż nu metalowe tuzy podbijające serca nastolatków. Skupmy się jednak na „American Capitalist”. Muzyka prezentowana przez 5FDP na swym trzecim albumie jest w miarę zróżnicowana, agresywne kawałki jak „Menace” czy „Back For More” nieźle komponują sę, z bardziej stonowanymi jak „Generation Dead” czy „Remember Everything”, daje to przyjemną mieszankę charakterystyczna dla groove. Przeplatające się wzajemnie wrzaski Moody'ego z jego czystymi wokalami, charakterystyczne dla tego stylu doskonale ze sobą kontrastują, swietna perkusja, oczywiscie "na dwa piece", sporo niezłych dynamicznych riffów i nieszablonowe solówki Bathor'ego dopełniają całości. Nie jest to na pewno muzyka dla ortodoksyjnych metali, ale taka nie miała być, ostre granie rozwija się w różnych kierunkach i nie zawsze chodzi o to by grać głośniej i szybciej. Dla mnie płyta „American Capitalist” to kawał świetnie wykonanej roboty i 40 minut naprawde dobrej muzyki.

Five Finger Death Punch - American Capitalist
1. American Capitalist 3:28
2. Under and Over It 3:38
3. The Pride 3:23
4. Coming Down 4:01
5. Menace 3:31
6. Generation Dead 3:43
7. Back For More 3:22
8. Remember Everything 4:38
9. Wicked Ways 3:07
10. I'll Fall 3:56
11. 100 Ways To Hate 3:20


Five Finger Death Punch - Under And Over It

Thursday, January 19, 2012

Morbid Angel... wtf?

Morbid Angel, do zespołu wraca David Vincent i już wiem czego się spodziewać, czy jednak na pewno? Niekwestionowana gwiazda pierwszej wielkości, jeden z prekursorów nurtu… mówisz death metal myślisz Morbid Angel. Najnowsza płyta „Illud Divinum Insanus” zadaje jednak kłam tym stwierdzeniom. Oczywiście przeszłości nie wymaże nic, ale to teraźniejszość kreuje opinie i poglądy. Zaczęło się niewinnie od intra „Omni Potens”, intro bardziej pasowało mi do norweskich black metalowców, ale cóż, intro to tylko intro. Kolejny utwór jednak nie wywołuje na mojej twarzy zwyczajowego banana, moje usta zamykają się a oczy wychodzą na wierzch, przecieram je, a właściwie przecieram uszy i nie wierzę w to co słyszę. „To Extreme!” jest utworem dla mnie całkowicie niezrozumiałym, brzmi jak remix dziwnych dźwięków, Vincent skandujący „chaos, chaos” i „this is my new religion”, zaczynają wzbudzać we mnie podejrzenia co do stanu psychiki tego ostatniego… Ponad 6 minut czegoś nad czym pozostaje mi tylko spuścić zasłonę zapomnienia. Pożniej jest różnie, raz lepiej jak w przypadku „Existo Vulgoru”, „Nevermore” czy „Beauty Meets Beast”. Utwory jednak takie jak wspominany „Too Extreme!”, "Destructhors Vs. The Earth/Attac „Radikult” czy ‘Profundis – Mea Culpa”, pozostawiają niesmak i rodzą pytanie, czy Morbid Angel nie zagubił się gdzieś i czemu to wszystko ma służyć. Pozostaje mi jedynie przyjąć wykrzyczane w ostatnim utworze przez Vincenta Mea Culpa, jako usprawiedliwienie i jak najszybciej zapomnieć o tej płycie.

Morbid Angel - Illud Divinum Insanus
1.Omni Potens 02:28
2. Too Extreme! 06:13
3. Existo Vulgoré 03:59
4. Blades for Baal 04:52
5. I Am Morbid 05:17
6. 10 More Dead 04:51
7. Destructos Vs. the Earth / Attack 07:15
8. Nevermore 05:08
9. Beauty Meets Beast 04:57
10. Radikult 07:37
11. Profundis - Mea Culpa 04:06


Morbid Angel - Nevermore

Wednesday, January 18, 2012

Suicide Silence - The Black Crown

Suicide Silence swoimi dwoma poprzednimi płytami „Cleansing” i „No Time To Bleed” wywołał spore zamieszanie na scenie deathcore’a. Te dwa albumy pozwoliły Suicide Silence dołączyć do grona najznamienitszych przedstawicieli nurtu. Z niecierpliwością więc oczekiwałem kolejnej płyty Amerykanów. Płyta „The Black Crown” okazała się jednak inna od dwóch poprzednich, artyści zboczyli nieco z kursu i zaczęli dryfować w kierunku metalcore’u i Groove, co jednym może przypaść do gustu innym niekoniecznie. Ja osobiście znalazłem się w tej drugiej grupie z uwagi na to, że jestem przeciwnikiem zmiany stylu i sięgając po wydawnictwo zespołu kojarzonego z deathcore’em oczekuje deatcore’u, a nie jakiegoś innego stylu, no ale cóż, miejmy nadzieję, że na następnej płycie SS wrócą do swego pierwotnego grania. Zmiana stylu oczywiście nie oznacza w przypadku Amerykanów zmiany jakości, nadal jest to szybka, brutalna muzyka, mogąca zaspokoić najbardziej wygłodniałe apetyty. Na płycie gościnnie wystąpili wokalista Korn Jonathan Davis w utworze „Witness The Addiction”, oraz Frank Mullen z Suffocation, którego usłyszymy w utworze Smashed. Płyty słucha się dobrze, nie jest ona monotonna obok szybkich kawałków jak „Slaves To Substance” mamy i chwile zwolnienia jak na „March To The Black Crown”. 40 minut ostrego czadu i jeżeli tego właśnie oczekujemy to na pewno nie będziemy zawiedzeni, wszak łyżka dziegciu nie może zaszkodzić beczce miodu.

Suicide Silence - The Black Crown
1. Slaves to Substance 3:27
2. O.C.D. 3:19
3. Human Violence 3:47
4. You Only Live Once 3:12
5. Fuck Everything 4:33
6. March to the Black Crown 1:30
7. Witness the Addiction 5:32
8. Cross-Eyed Catastrophe 3:25
9. Smashed (feat. Frank Mullen of Suffocation)v3:06
10. The Only Thing That Sets Us Apart 4:10
11. Cancerous Skies 3:14


Suicide Silecnce - You Only Live Once

Monday, January 16, 2012

Sepultura - Kairos

Brazylijska legenda thrash metalu, już bez braci Cavalera, za to z nowym wychwalanym pod niebiosa (a może raczej w przeciwnym kierunku), czarnoskórym wokalista Derrickiem Greenem nagrała swój kolejny album „Kairos”. Dla mnie osobiście stara Sepultura skończyła się po płycie „Roots”, tamta epoka została zamknięta i w chwili obecnej mamy do czynienia z nową Sepą. Brzmienie nowej płyty jednak często przywodzi na myśl starsze produkcje Brazylijczyków być może z uwagi na to, że nadal głównym kompozytorem zespołu jest Andreas Kisser. Płyta „Kairos” na pierwsze słuchanie może się wydawać odrobinę monotonna, jednak jest to kawał dobrej muzyki. Ciężkie rytmiczne brzmienie do tego niesamowite wokale Greena składają się na płytę obok której trudno przejść obojętnie. Płyta, która wpadła w moje ręce, a jest to limitowana edycja, zawierała łącznie aż 17 nagrań, z czego 4 (2011, 1433, 5772, 4648) to niepotrzebne półminutowe przerywniki. Dwa dodatkowe utwory to cover „Firestarter” Prodigy, drugi zaś jest autorskim utworem Sepultury. Na płycie znajduje się jeszcze jeden cover, a mianowicie utwór „Just One Fix” zespołu Ministry, reasumując więc płyta z początku wydająca się odrobinę monotonna po bliższym zapoznaniu się z nią (wysłuchaniu kilkukrotnym) zyskuje sporo na wartości i już taka jednostajną zdaje się nie być. Sepultura bez braci Maxa i Igora Cavalera nie jest ta sama Sepultura, która zdobywała świat w latach 90tych, lecz czy jest zespołem gorszym? Na pewno innym, inne bowiem są obecnie czasy…

Sepultura - Kairos
1. Spectrum 4:03
2. Kairos 3:37
3. Relentless 3:36
4. 2011 0:30
5. Just One Fix 3:33
6. Dialog 4:57
7. Mask 4:31
8. 1433 0:31
9. Seethe 2:27
10. Born Strong 4:40
11. Embrace the Storm 3:32
12. 5772 0:29
13. No One Will Stand 3:17
14. Structure Violence (Azzes) 5:39
15. 4648 0:28
16. Firestarter 4:28
17. Point of No Return 3:27


Sepultura - Firestarter

Friday, January 13, 2012

Bez rzeźnika, ale krwisto...

Destruction, tego zespołu nie trzeba nikomu przedstawiać, jeden z wielkiej trójki europejskiego/niemieckiego thrash metalu. Na początku ubiegłego roku na rynku pojawił się ich 11 studyjny album „Day Of Reckoning”, pierwsze co rzuca się w oczy to oczywiście rewelacyjna okładka stworzona przez węgierskiego grafika Gyula, dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że dotychczas okładki Destruction zawsze zdobił Mad Butcher, tym razem go zabrakło, można co najwyżej domniemywać, że przedstawione na okładce oko, należy do tego sympatycznego osobnika. Co do rzeczy najważniejszej, czyli muzyki, to mamy tutaj 11 szybkich jak najbardziej thrashowych kawałków, nie ma żadnego udziwniania czy mieszania stylów tylko porcja solidnej thrashowej muzyki. Album jest w miarę spójny, trwa dokładnie 50 minut i nie powoduje szerokiego otwierania paszczęki w celu zaczerpnięcia powietrza, zwanego potocznie ziewaniem. Płytę zamyka cover „Stand Up And Shout” z debiutanckiego albumu zespołu DIO. W przyszłym roku niemieckim thrashersom wybije 30 rok działalności, tym większy więc szacunek dla Schmiera i kolegów za tak energetyczny album. Jest też wątek polski, na albumie prezentuje się nowy perkusista Destruction Wawrzyniec Dramowicz vel. Vaaver, którego kojarzę z projektu Mausera Unsun. Zachęcam do zapoznania się z ta płyta szczególnie wszystkich tych, którym nieobce są klimaty lat 80tych i dla których thrash metal zawsze będzie prekursorem szybkiego i agresywnego grania.

Destruction - Day Of Reckoning
1. The Price 3:39
2. Hate Is My Fuel 4:24
3. Armageddonizer 4:09
4. Devil’s Advocate 4:18
5. Day Of Reckoning 3:58
6. Sorcerer Of Black Magic 4:25
7. Misfit 4:26
8. The Demon Is God 5:11
9. Church Of Disgust 4:05
10. Destroyer Or Creator 3:09
11. Sheep Of The Regime 4:59
12. Stand Up And Shout" (Dio Cover) 3:17


Destruction - Armageddonizer

Thursday, January 12, 2012

Niemieckie klimaty...

Eisregen to jeden z płodniejszych zespołów sceny określanej jako dark metal naszych zachodnich sąsiadów. Mieszaniny stylów ghotic, black i death metalu w wykonaniu Eisregen miałem okazję zasmakować przy okazji ich najnowszej dziewiątej już płyty "Rostrot” . Samo pojęcie dark metalu jako odrębnego stylu muzycznego ma swe korzenie w połowie lat 90tych, kiedy to zespół Bethlehem wypuścił na rynek płytę o tytule właśnie “Dark Metal”. Nurt ten charakteryzuje się właśnie wplataniem w muzykę black/death metalową klawiszy, gitar akustycznych, miksowanych wokali męskich i żeńskich. Wracając jednak do „Rostrot” to płyta ta jest typowym przedstawicielem swego nurtu, mamy tu utwory brzmiące jak krwawy black metal „Schakal-Ode An Die Streubombe”, poniekąd death metalowym początkiem by poźniej nieco zwolnić, a już na pewno złagodnieć, następnie znów przyspieszyć „Blutvater” i ‘Wechselbalg czy gothickie „Manderich” czy „Ich sah den Teufel”. Wokalista Eisregen, Michael „Blutkehle“ Roth swoje teksty wyśpiewuje w swoim ojczystym języku, a śpiewać potrafi zarówno growlując jak i śpiewając swoim głębokim, niskim głosem. Reasumując jest to bardzo ciekawa płyta i mimo, że na co dzień nie jestem fanem tego typu grania, to mimo wszystko nie żałuje, że sięgnąłem po te płytę. Muzyka jest urozmaicona i nie może się nudzić, częste zmiany tempa powodują, że mimo iż płyta trwa ok. 50 minut nie dłuży się nam.

Eisregen - Rostrot
1. Erlösung 02:25
2. Schakal-Ode an die Streubombe 03:56
3. Madenreich 03:48
4. Ich sah den Teufel 07:25
5. Blutvater 03:20
6. Bewegliche Ziele 05:36
7. Kathi das Kuchenschwein 05:47
8. Wechselbalg 04:32
9. Fahles Ross 05:40
10. Rostrot 06:45
11. Ich, Zombie - Bonustrack 04:51
12. Madenreich (Live in Mogadischu/Somalia 2013) - Bonustrack 03:49


Eisregen - Madenreich

Thursday, January 5, 2012

Z powrotem w lata 80te...

Brytyjska formacja braci Drake znana jest ze swoich nawiązań do muzyki thrashowej lat 80tych, inspiracje Metallica, Testament, Megadeth czy Anihilator nie są tajemnicą dla nikogo, kto z tym zespołem się zetknął, a okazja na pewno była bo Grupa wydała już trzy płyty długogrające, statnia z nich to wydana we wrzesniu 2011 roku „Five Serpent’s Teeth”. Po śmierci basisty Mike’a Alexandra (zamrał w wyniku zakrzepów płucnych podczas trasy koncertowej w 2009), na bassie pojawił się nowy człowiek Joel Graham, wywodzący się z Rise To Addiction. mocno nasiąknięta jest inspiracjami Metallica, słuchając tej płyty ma się czasem wrażenie, że czas się cofnął i oto mamy do czynienia z nieznanymi utworami gigantów thrashu z końca lat 80tych. Wsłuchując się w utwory łatwo można znaleśc odniesienia i inspiracje czwarta płyta Metallicy, wyjątek stanowi utwór „In Memoriam”, który jest hołdem dla Alexandra. Powiem szczerze, że wspominam z łezką w oku czasy „And Justice For All…”, gdy się ukazała zrobiła na mnie wrażenie, trochę czasu jednak od tego momentu upłynęło, zmieniły się i moje gusta muzyczne i trendy, a także sposób grania muzyki thrashowej, na chwile obecną zespół Evile pozostaje dla mnie niczym więcej jak tylko ciekawostką.

Evile - Five Serpents Teeth
1. Five Serpent's Teeth 5:34
2. In Dreams of Terror 5:07
3. Cult 4:50
4. Eternal Empire 5:35
5. Xaraya 6:02
6. Origin of Oblivion 4:55
7. Centurion 5:44
8. In Memoriam 5:47
9. Descent into Madness 4:25
10. Long Live New Flesh 5:16

Evile - Cult

Wednesday, January 4, 2012

Powrót z zaświatów...

Przyznam szczerze, że Anthrax kojarzy mi się z czasami gdy uczęszczałem do liceum, była to końcówka lat osiemdziesiątych i początek lat dziewięćdziesiątych. Pamiętam charakterystyczny wokal Joey Belladonny który po płycie “Persistence of Time”, odszedł z zespołu później już z nowym wokalistą Antrax nagrał płytę „Sound of White Noise”, która niespecjalnie przypadła mi do gustu i ostatecznie od tego czasu z zespołem Anthrax nie miałem już do czynienia, poza oczywiście powrotami do starszych płyt zespołu. Niedawno wpadła mi jednak w ręce najnowsza płyta amerykańskiej formacji „Worship Music”, na której to znów można posłuchać Belladonny, oprócz niego oczywiście nieśmiertelny Ian Scott, Fran Bello i Charlie Benante, jedyna nowa dla mnie twarz to gitarzysta Rob Caggiano, który jest z zespołem z małymi przerwami od roku 2001. Płyta zawiera 13 utworów o sporym zróżnicowaniu, są tutaj naprawdę czadowe kawałki jak chociażby „Earth On Hell”, bardziej klasyczne "Fight'em Til You Can't" czy „I’m Alive”, heavy metalowy „Judas Priest”. Inne utwory również brzmią świetnie. Zespół raczy nas dwoma przerywnikami w postaci melodycznych wstawek na wiolonczelę „Hymn 1” czy też werble „Hymn 2” dając słuchaczom odsapnąć. Świetny materiał, szczególnie dla ludzi z mojego pokolenia, którzy wychowali się na muzyce thrash metalowej. Ostatni utwór „Revolution Screams” trwa aż 15 minut, a to za sprawą ukrytego w nim cover’u szwedzkich hardcoreowcow spod znaku Refused. Generalnie nie spodziewałem się wiele po tym albumie, a to co usłyszałem bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Płyta jest świetna i mam tylko nadzieję, że nie jest to ostatnie słowo panów spod znaku „wąglika”.

Anthrax - Worship Music
1. "Worship" 1:41
2. "Earth on Hell" 3:11
3. "The Devil You Know" 4:46
4. "Fight 'Em 'Til You Can't" 5:48
5. "I'm Alive" 5:37
6. "Hymn 1" 0:38
7. "In the End" 6:46
8. "The Giant" 3:47
9. "Hymn 2" 0:44
10. "Judas Priest" 6:24
11. "Crawl" 5:29
12. "The Constant" 5:01
13. "Revolution Screams" 15:54 (Od około 11 minuty cover Refused – New Noise)


Anthrax - The Devil You Know

Monday, January 2, 2012

Ageless Oblivion, czyli debiutanci z Hampshire...

Ageless Oblivion, brytyjska formacja zadebiutowała w zeszłym roku albumem „Temples of transcendent evolution” i był to całkiem przyzwoity debiut. Agresywna szybka muzyka death metalowa, wróży temu zespołowi niemałą karierę. 8 utworów składa się na tę trwającą ponad 40 minut płytę, utwory są urozmaicone, więc nie wieje z płyty dłużyzną. Nie jest to może jakiś produkt przełomowy, ale nie zmienia to faktu, że płyty słucha się przyjemnie. Miażdżące, agresywne riffy, świetny bass, szybka perkusja i do tego klasyczne growlingi, czegóż chcieć więcej? Brytyjczycy grają death metal w swojej klasycznej postaci, nie kombinują nie eksperymentują tylko zalewają nas falą brutalnej muzyki i tak trzymać, death metal taki właśnie powinien być.


Ageless Obilvion - Temples of transcendent evolution
1. Monument 02:28
2. Reclamation 03:46
3. Time of the Empty Throne 04:22
4. Detachable Faceplate 03:44
5. Drone of the Nychomist 06:30
6. Unhallowed Domain 04:51
7. Mycora 02:13
8. Temples 13:47



Ageless Oblivion - Reclamation

Wednesday, December 21, 2011

Włoski tajfun...

Pochodzący z Sardynii zespół Natrium wydał swój drugi oficjalny album o tytule „Elegy For The Flesh”. Lorenzo Orru i spółka preferują styl zwany technicznym death metalem. Album liczy sobie zaledwie 29 minut i znaleźć na nim można niezłe techniczne granie, stąd zapewne styl Sardyńczyków bywa też często bywa nazywany thrash-death metalem. Soczyste growlingi Orru, częste zmiany tempa, nadają temu albumowi swoiste, przyjemne brzmienie. Album powinien spodobać się wszystkim fanom najcięższych odmian metalu. Słuchając „Elegy For The Flesh” trudno się oprzeć wrażeniu, że mieszanie stylów w muzyce metalowej ma przed soba kolosalna przyszłość, pod warunkiem oczywiście, że robione to będzie z odpowiednim wyczuciem i smakiem. Reasumując płyta może się podobać, nie jest to jakieś dzieło przełomowe, ale nie odrzuca, szczególnie, jeżeli ktoś gustuje w najbrutalniejszych odmianach metalu.

Natrium - Elegy For The Flesh
1. Elegy for the Flesh 03:16
2. Memetic Infection 03:08
3. Breastfed with Mendacity 03:55
4. Sarin Benison 04:15
5. Ravenous Theophaghists 02:56
6. Allograft Harvesting 05:07
7. Clinical Savagery 03:02
8. Plastinated Birth 03:34


Natrium - Breastfed with Mendacity

Friday, December 16, 2011

Vader jak nowy, czyli jak stary...

„Welcome To The Morbid Reich” najnowsze dzieło Petera i spółki, to płyta według wielu kandydująca do miana jednej z najlepszych produkcji death metalowych tego roku. Wielkim fanem Vadera nie jestem, ale mam do nich należny szacunek, wielokrotnie widziałem ich na koncertach i doceniam ich dorobek. Dziewiąty album studyjny w dorobku olsztyńskiej kapeli "Welcome To The Morbid Reich” może się jednak podobać, ostra death metalowa muzyka, bez udziwnień i eksperymentowania w poszukiwaniu nowych rzesz fanów(sic!) . Po krótkim intro, płyta atakuje nas ścianą dźwięków, soczyste riffy, świetna szybka perkusja i niezniszczalny, charakterystyczny growling Petera. Dla mnie jest to jedna z najlepszych płyt Vadera w ostatnich czasach, ma ona właściwie jedna wadę, zanim się spostrzeżesz już się kończy. Niewiele ponad 37 minut materiału przemija w zastraszającym tempie. Reasumują płyta jest naprawdę dobra, słucha się jej świetnie, nie jest to bezmyślny łomot, a kawał dobrej muzy. Po słabszym okresie w karierze, Vader wraca z wyjątkowo świeżym materiałem, Graja jak za starych dobrych lat.

Vader - Welcome To The Morbid Reich
1. Ultima Thule 0:48
2. Return to the Morbid Reich 3:26
3. The Black Eye 4:12
4. Come And See My Sacrifice 4:44
5. Only Hell Knows 2:13
6. I Am Who Feasts Upon Your Soul 4:50
7. Don't Rip the Beast's Heart Out 3:58
8. I Had A Dream... 3:02
9. Lord of Thorns 2:38
10. Decapitated Saints 2:41
11. They Are Coming... 1:46


Vader - I Am Who Feasts Upon Your Soul

Friday, December 9, 2011

Bracia rozczarowali...

W marcu ukazała się druga już płyta nowej formacji braci Cavalera 'Blunt Force Trauma". Po świetnym „Inflikted” ostrzyłem sobie na nią zęby, tym bardziej, ze z zapowiedzi Maxa, jakie pojawiały się tu i tam wnioskować można było, iż materiał jest jeszcze lepszy. O ile jednak płyta „Inflikted” mogła rzucić na kolana o tyle najnowszy krążek Cavalera Conspiracy już niekoniecznie. Jest kilka ciekawych kawałków np.: „I Speak Hate”, które nieźle się rozkręcają by nagle… no właśnie stracić impet, nie wiem czy to celowy zabieg, mnie on nie przypadł do gustu. Byłbym oczywiście wysoce niesprawiedliwy gdybym nie przyznał się do tego, że niektóre utwory przypadły mi mimo wszystko do gustu, jeżeli nie w całości w to przynajmniej w jakieś części. Niestety nie jest ich za wiele, przez co płyta wydaje się być mocno średnia. Jak to w kinie… momenty są, ale jest ich zdecydowanie za mało, kompozycje mają potencjał, ale nie został on wykorzystany w pełni i chyba trochę przekombinowany, co mocno rozczarowuje, gdy początek utworu mocno nakręca, by prowadzić donikąd. W utworze „Lynch mob” usłyszeć możemy Rogera Mireta z Agnostic Front i to chyba jedyna ciekawostka dotycząca tej płyty.

Cavalera Conspiracy - Blunt Force Trauma
1. Warlord 3:05
2. Torture 1:51
3. Lynch Mob (Featuring Roger Miret of Agnostic Front) 2:31
4. Killing Inside 3:28
5. Thrasher 2:49
6. I Speak Hate 3:10
7. Target 2:36
8. Genghis Khan 4:23
9. Burn Waco 2:52
10. Rasputin 3:22
11. Blunt Force Trauma 3:58


Cavalera Conspiracy - I Hate Speak

Thursday, December 8, 2011

Nieważne pierwsze wrażenie...


Chimaira, amerykański gigant groove metalu regularnie co dwa lata uświadcza nas swoją nową produkcją, nie inaczej było i w tym roku, krążek „The Age Of Hell”. Po pierwszym przesłuchaniu byłem lekko zniesmaczony, trochę to bez wyrazu… ale mój pogląd zmieniał się z każdym następnym przesłuchaniem krążka, nie zamierzałem się poddawać. Płyta jest mocno zróżnicowana, oprócz typowych dla Chimaira kawałków jak tytułowy „The Age of Hell”, „Born In Blood” znajdują się tam na przykład takie utwory jak „Year of The Snake”, w którym odnajduje inspiracje starym Slayerem, czy też „Beyond The Grave”, który zupełnie zdaje się nie pasować do stylu chłopaków z Cleveland. Po raz kolejny okazało się, że pierwsze wrażenia można wrzucić do kosza. Płyta okazuje się być zróżnicowana i oferuje sporo radości słuchaczowi. Zespół ten stanowi czołówkę nowej fali metalu w Stanach i ta płyta tylko to potwierdza.

Chimaira - Age of The Hell
1. The Age of Hell 3:32
2. Clockwork 3:43
3. Losing My Mind 4:57
4. Time Is Running Out 4:13
5. Year of the Snake 3:41
6. Beyond the Grave 4:54
7. Born in Blood (featuring Phil Bozeman of Whitechapel) 4:08
8. Stoma 1:28
9. Powerless 4:31
10. Trigger Finger 3:54
11. Scapegoat 4:32
12. Samsara (featuring Emil Werstler of DÅÅTH) 6:12


Chimaira - Year Of The Snake

Friday, November 18, 2011

"Dzieci" wracają na scene...


Dzieci znad jeziora Bodom, Finowie prowadzeni przez Alexiego Laiho, w marcu wydali swój siódmy album „Relentless Reckless Forever” do której podszedłem bardzo sceptycznie z uwagi na to, że zespół ten zawsze ciężko mi było zaklasyfikować, a dobre albumy przeplatali dużo słabszymi (jak chociażby ostatni „Blooddrunk”). Okazało się jednak, że niesłusznie, najnowsza produkcja jest świetna, Alexi potwierdza na niej swoja opinie, jednego z najlepszych i najszybszych gitarzystów na scenie, energetyczne granie ostro przesterowanych gitar nieźle komponuje się z klawiszami Janne Wirmana. Płyta zawiera to co w tej muzyce lubię najbardziej, doskonałe gitary, świetne solówki i szybkie riffy to dla mnie kwintesencja metalu. Jakkolwiek charakterystyczny wokal Alexiego jest wizytówką COB, nie jest on za bardzo w moim guście, ale co robić, to już znak firmowy tej kapeli i bez tego nie było by to samo.
Reasumując klika świetnych kawałków składa się na płytę, która trwa 36 minut i nie nudzi się ani trochę i to nie tylko z uwagi na to, że nie jest specjalnie długa. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że Children of Bodom znów w formie.

Children of Bodom - Relentless Reckless Forever
1. Not My Funeral 4:55
2. Shovel Knockout 4:03
3. Roundtrip to Hell and Back 3:48
4. Pussyfoot Miss Suicide 4:10
5. Relentless Reckless Forever 4:42
6. Ugly 4:13
7. Cry of the Nihilist 3:31
8. Was It Worth It? 4:06
9. Northpole Throwdown 2:55


Children of Bodom - Not My Funeral

Tuesday, November 15, 2011

Jeżeli jest dobrze, nie ma co zmieniac...

Arch Enemy szwedzki przedstawiciel melodyjnego death metalu i już ósmy album tego zespołu. Bracia Amott na gitarach i Angela Gossow na wokalu, to cechy charakterystyczne tej kapeli, a poza tym kawał naprawdę soczystej muzy. Album zatytułowany ‘Khaos Legions” niespecjalnie mnie zaskakuje i to dobrze, nie lubię gdy zespól zaczyna eksperymentować i szukać nowych dróg, bo często kończy to się dla nich słabo. Arch Enemy daje kopa w swoim stylu i za to jestem im wdzięczny. Spotkałem się z różnymi opiniami na temat kobiecych growlingów, niektórzy ich nienawidzą i twierdzą, że obniżają wartość muzyczna swoich kapel, dla mnie to znak czasu, coś w stylu „kobiety na traktory”, akceptuję to i dzięki temu zapewne mogę skupić się na walorach muzycznych. Angela wokal niewątpliwie ma świetny i mimo, że nie jest moja ulubiona wokalistką to przyzwyczaiłem się do niej już na tyle, że nie wyobrażam sobie Arch Enemy z męskim wokalem. Niedawno grali w Warszawie, niestety z różnych względów nie mogłem pojawić się na koncercie, czego oczywiście żałuje.
„Khaos Legions” to kawał dobrej muzy, świetne przejścia, niezłe partie gitarowe, chce się tego słuchać, a stopa sama zaczyna wystukiwać rytm. Na płyte składa się 13 soczystych dobrze wykonanych utworów plus intro (edycja japońska zawiera 16 utworów), płytę tę z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim fanom melodyjnego czadu bo w końcu "I am who I am, take it or leave it"!

Arch Enemy - Khaos Legions
1. Khaos Overture (intro) 1:31
2. Yesterday is Dead and Gone 4:22
3. Bloodstained Cross 4:49
4. Under Black Flags We March 4:41
5. No Gods, No Masters 4:15
6. City of the Dead 4:31
7. Through the Eyes of a Raven 5:12
8. Cruelty Without Beauty 5:00
9. We Are a Godless Entity (Instrumental) 1:34
10. Cult of Chaos 5:11
11. Thorns in my Flesh 4:55
12. Turn to Dust (Instrumental) 0:39
13. Vengeance is Mine 4:09
14. Secrets 4:08


Arch Enemy - City Of The Dead

Thursday, November 10, 2011

Jak Niemcy to po niemiecku...

Niemiecki band Abrogation to może nie ekstraklasa death metalowego grania, ale na pewno jeden z zespołów na scenie melodic death metalu, który warto znać. Grają już ponad 16 lat i mają w dorobku 7 albumów, właśnie 7 płyta Niemców "Tief Schwarz Blutig Rot", jest tematem mojego dzisiejszego wpisu. Abrogation swoje utwory wykonuje po niemiecku, co nadaje im specyficznego smaczku, mimo, że język tej bardziej kojarzy mi się z muzyka gotycką to w death metalowej wersji brzmi to poprawnie i nie odrzuca, nawet takiego germanofoba jak ja.
Płyta zawiera 13 utworów, o tematyce średniowiecznej (zresztą do tego Abrogation już mnie przyzwyczaiło), aczkolwiek w metalu teksty nie mają dla mnie większego znaczenia, tak więc nie będę się nad nimi rozwodził. Sama muzyka nie jest odkrywcza, z niemieckim vocalem tworzy specyficzna mieszankę i słucha się tego przyjemnie, aczkolwiek na kolana nie rzuca i raczej ponad pewien poziom zespół raczej już nie wzleci. Kolejna kapela z niezłym warsztatem, ale bez tego błysku, który mógłby ich uczynić wyjątkowymi na scenie. W ich muzyce zauważyć można pewne skłonności do pagan metalu, co w przyszłości być może zaowocuje produkcją całkowicie w nurcie muzyki pogańskiej, póki co są jednak to tylko pewne przebłyski a nie stała tendencja.
Ciekawostką związaną z Abrogation jest ich frontman Schwarte, który na scenie występuje w okularach korekcyjnych, co dla mnie osobiście było zaskoczeniem, gdyż nie przypominam sobie innych muzyków metalowych, którzy na scenie noszą okulary, a przynajmniej wokalistów wykonujących headbanging w okularach.

Abrogation - Tief Schwarz Blutig Rot
1. Zum letzten Meer 02:32
2. Des Pfarrers Tauben 03:47
3. Tief schwarz, blutig rot 05:03
4. Bei Nacht 03:30
5. Eiswind 03:29
6. Magdeburger Hochzeit 05:57
7. Treibjagd 04:04
8. Das Nordmannische Heer 04:13
9. Herr Richter 04:13
10. Tauge nichts 04:02
11. Abgrund 04:26
12. Vom Ende der Welt 04:57
13. Ausweg 01:49


Abrogation - Des Pfarrers Tauben

Wednesday, November 9, 2011

Jeszcze nie opera...

Dimmu Borgir, zespół od lat wzbudzający najwięcej kontrowersji w blackmetalowym światku, ma zapewne tyle samo zwolenników co zaprzysięgłych przeciwników. Ja należę do tych pierwszych, być może z uwagi na fakt, że nigdy nie byłem fanem ortodoksyjnego black metalu, który dla mnie osobiście jest muzyką dosyć prymitywną przez co mało interesującą. Oczywiście to moje subiektywne zdanie, gdyż głosząc takie tezy wśród fanów BM, zasłużyłbym sobie zapewne na zawiśnięcie na krzyżu i to odwróconym.
Co prawda od ukazania się ich najnowszego dzieła „Abrahadabra” upłynął już ponad rok, to jednak postanowiłem tutaj opisać moje wrażenia z tej płyty. W moje ręce trafiła limitowana wersja wydana na rynek japoński, w którym znalazły się dwa bonusowe kawałki symfoniczna wersja "Gateways" i cover „Perfect Stranger” Deep Purple. Na płycie pojawia się wątek polski w postaci perkusisty Daray’a, natomiast z zespołu „odeszli” Mustis i Vortex. Najnowsze dzieło Norweskiego giganta, przypomina ich ostatnie dzieło „In Sorte Diaboli”, znow jest symfonicznie i monumentalnie, tak więc zmiany personalne w zespole nie wpłynęły znacząco na muzykę. Żeńskie chórki i niemalże operowe wokale, przeplatane growlingiem Shagratha, słyszalny udział Norweskiej Orkiestry Radiowej, to wszystko składa się na wrażenie, że nie mamy tutaj do czynienia nie z metalową płyta a z mrocznym dziełem symfonicznym. Symfoniczny Black metal, to pojecie od jakiegoś czasu funkcjonujące jako odrębny styl muzyczny i Dimmu Borgir jawi mi się jego głównym przedstawicielem, a płyta ta tylko to potwierdza.
„Abrahadabra” jest dziełem, a nie zbiorem utworów sensu stricte, wszystko to wpasowuje się w jakąś większą całość i mnie się to podoba. Zresztą jak już wspominałem lubię Dimmu Borgir, wiem czego się po nich spodziewać i nie oczekuję nagłej zmiany kursu w ich muzycznym rejsie, podoba mi się to co tworzą i dlatego po nich sięgam, a czy to jeszcze black metal czy już może operetka to zupełnie inna sprawa...

Dimmu Borgir - Abrahadabra
1. Xibir 2:50
2. Born Treacherous 5:02
3. Gateways 5:10
4. Chess with the Abyss 4:08
5. Dimmu Borgir 5:35
6. Ritualist 5:13
7. The Demiurge Molecule 5:29
8. A Jewel Traced Through Coal 5:16
9. Renewal 4:11
10. Endings and Continuations 5:58
11. Gateways (orchestral version) 5:44
12. Perfect Strangers (Deep Purple cover) 5:01


Dimmu Borgir - Gateways

Tuesday, November 8, 2011

Miał być koncert...

Z zespołem Trivium spotkałem się kilka lat temu przy okazji ich dwóch metalcore’owych płyt „Ascendancy” (2005) i „The Crusade” (2006), zafascynowałem się w owym czasiem tym prężnie rozwijającym się nurtem ostrego grania i słuchałem praktycznie wszystkiego co z nurtem tym było kojarzone. W natłoku kapel rożnego sortu kilka utkwiło mi w pamięci, między innymi Trivium.
11 listopada w warszawskiej Progresji Trivium ma dać koncert promujący ich nową płytę „In Waves”, jako, że początkowo wybierałem się na ten koncert (w chwili obecnej już wiem, że jednak nie będę mógł na nim być), postanowiłem zapoznać się z płytą, która nota bene zebrała bardzo dobre opinie w metalowym światku. W ręce wpadła mi limitowana edycja albumu „In Waves” zawierająca 13 utworów + 5 bonusów, łącznie ponad godzina grania. Płytę przesłuchałem jak to mam w zwyczaju kilkakrotnie, zanim pokusiłem się o jakąkolwiek ocenę.
Czyste wokale Matta Heafy’ego przeplatają się z metalcore’owym wrzaskiem Corey’a Beaulieu, utworzy są melodyjne, spójne i pomimo lekkich przestojów bardzo energetyczne. Innymi słowy Trivium daje czadu. Świetne solówki, niezłe riffy, zmienność tempa… to wszystko sprawia, że album mimo, aż 18 utworów nie nudzi. Trivium dostarcza nam ponad godzinnej rozrywki naprawdę wysokich lotów. Płyta może się podobać i w sumie wypada mi żałować, że nie będę mógł być na piątkowym koncercie.

Trivium - In Waves
1. Capsizing the Sea 1:30
2. In Waves 5:02
3. Inception of the End 3:48
4. Dusk Dismantled 3:47
5. Watch the World Burn 4:53
6. Black 3:27
7. A Skyline's Severance 4:52
8. Ensnare the Sun 1:22
9. Built to Fall 3:08
10. Caustic Are the Ties That Bind 5:34
11. Forsake Not the Dream 5:20
12. Drowning in Slow Motion 4:29
13. A Grey So Dark 2:41
14. Chaos Reigns 4:07
15. Of All These Yesterdays 4:21
16. Leaving This World Behind 1:32
17. Shattering the Skies Above 4:45
18. Slave New World (Sepultura cover; Max Cavalera, Igor Cavalera, Andreas Kisser, Paulo Jr., Evan Seinfeld) 2:58


Trivium - Watch The World Burn

Monday, November 7, 2011

Rozczarowanie? Chyba nie do końca...

Zastanawiałem się od czego by tu zacząć, ale chyba nie mogło być inaczej. Najbardziej chyba oczekiwana przeze mnie płyta tego roku. „Sounds of a Playground Fading” najnowszy krążek szwedzkiego kwintetu, który ukazał się w czerwcu tego roku. Spodziewałem się, że będzie inna od dotychczasowych z uwagi na odejście Jespera Strömblada założyciela i wieloletniego lidera grupy. Jesper jak przystało na prawdziwego rockersa brał z życia co najlepsze, niestety jego silna wola okazała się niewystarczająco silna i alkohol zaczął rządzić jego życiem, wynikiem czego zapadła decyzja o jego odejściu. Ale dość o tym, miałem tu pisać o muzyce, a nie o muzykach.
Pierwsze przesłuchanie było jednocześnie wielkim rozczarowaniem, nie tego się spodziewałem, jakieś to wszystko za wolne, za mało energetyczne, zespół klasyfikowany jako jeden z twórców melodic death metalu melodycznie gra nadal i owszem, ale jakoś bez tej dynamiki i agresywności do jakiej mnie przyzwyczaili.
Z każdym kolejnym przesłuchaniem tej płyty podobała mi się jednak ona coraz bardziej. Nie jest to granie jakiego oczekiwałem, jest inne, co jednak nie znaczy, że jest gorsze. Fridén częściej śpiewa niż wrzeszczy, udowadnia jednak, że potrafi to robić. Wolne niemalże usypiające fragmenty utworów przeplatają się z agresywnym i szybkim graniem. Nie będę szczegółowo analizował i recenzował poszczególnych utworów, bo nie taki jest cel tego bloga. Oddaje jedynie moje subiektywne odczucia na temat muzyki, a ta na płycie „Sounds of a Playground Fading” jest genialna. Są takie płyty, które by pokochać trzeba wysłuchać wiele razy i biedny ten kto po pierwszym razie się zniechęci… w końcu "We trust In Flames".

In Flames - Sounds Of A Playground Fading
1. Sounds Of A Playground Fading 04:44
2. Deliver Us 03:31
3. All For Me 04:31
4. The Puzzle 04:34
5. Fear Is The Weakness 04:01
6. Where The Dead Ships Dwell 04:26
7. The Attic 03:12
8. Darker Times 03:25
9. Ropes 03:43
10. Enter Tragedy 03:59
11. Jester's Door 02:34
12. A New Dawn 05:52
13. Liberation 05:01


In Flames - Delivery Us

Na poczatku byla idea, czyli calkowity brak idei...

Blog ten dedykuje samemu sobie. Nie powstal on z checi szerzenia jakichkolwiek tresci, pogladow czy opinii, powstal on dla mnie. Slucham sporo muzyki, lepszej, czasem gorszej. Moja wielka miloscia jest muzyka metalowa w swych roznych odmianach z naciskiem na te mocniejsze, szybsze i brutalniejsze.
W metalu najwazniejsza jest dla mnie muzyka, dolaczona do tego ideologi czy roznorakie przeslania nie maja znaczenia, zreszta wiekszosc zespolow sluchanych przeze mnie stosuje techniki wokalne uniemozliwiajace rozpoznanie tekstu, tak wiec...
Bede w tym blogu opisywal sobie roznorakie sluchane przeze mnie plyty z naciskiem na te najnowsze, ale nie uchronie sie pewnie od wielu podrozy sentymentalnych, gdyz metalu slucham od 1986 roku, a wiec kawal czasu.