Wednesday, December 21, 2011

Włoski tajfun...

Pochodzący z Sardynii zespół Natrium wydał swój drugi oficjalny album o tytule „Elegy For The Flesh”. Lorenzo Orru i spółka preferują styl zwany technicznym death metalem. Album liczy sobie zaledwie 29 minut i znaleźć na nim można niezłe techniczne granie, stąd zapewne styl Sardyńczyków bywa też często bywa nazywany thrash-death metalem. Soczyste growlingi Orru, częste zmiany tempa, nadają temu albumowi swoiste, przyjemne brzmienie. Album powinien spodobać się wszystkim fanom najcięższych odmian metalu. Słuchając „Elegy For The Flesh” trudno się oprzeć wrażeniu, że mieszanie stylów w muzyce metalowej ma przed soba kolosalna przyszłość, pod warunkiem oczywiście, że robione to będzie z odpowiednim wyczuciem i smakiem. Reasumując płyta może się podobać, nie jest to jakieś dzieło przełomowe, ale nie odrzuca, szczególnie, jeżeli ktoś gustuje w najbrutalniejszych odmianach metalu.

Natrium - Elegy For The Flesh
1. Elegy for the Flesh 03:16
2. Memetic Infection 03:08
3. Breastfed with Mendacity 03:55
4. Sarin Benison 04:15
5. Ravenous Theophaghists 02:56
6. Allograft Harvesting 05:07
7. Clinical Savagery 03:02
8. Plastinated Birth 03:34


Natrium - Breastfed with Mendacity

Friday, December 16, 2011

Vader jak nowy, czyli jak stary...

„Welcome To The Morbid Reich” najnowsze dzieło Petera i spółki, to płyta według wielu kandydująca do miana jednej z najlepszych produkcji death metalowych tego roku. Wielkim fanem Vadera nie jestem, ale mam do nich należny szacunek, wielokrotnie widziałem ich na koncertach i doceniam ich dorobek. Dziewiąty album studyjny w dorobku olsztyńskiej kapeli "Welcome To The Morbid Reich” może się jednak podobać, ostra death metalowa muzyka, bez udziwnień i eksperymentowania w poszukiwaniu nowych rzesz fanów(sic!) . Po krótkim intro, płyta atakuje nas ścianą dźwięków, soczyste riffy, świetna szybka perkusja i niezniszczalny, charakterystyczny growling Petera. Dla mnie jest to jedna z najlepszych płyt Vadera w ostatnich czasach, ma ona właściwie jedna wadę, zanim się spostrzeżesz już się kończy. Niewiele ponad 37 minut materiału przemija w zastraszającym tempie. Reasumują płyta jest naprawdę dobra, słucha się jej świetnie, nie jest to bezmyślny łomot, a kawał dobrej muzy. Po słabszym okresie w karierze, Vader wraca z wyjątkowo świeżym materiałem, Graja jak za starych dobrych lat.

Vader - Welcome To The Morbid Reich
1. Ultima Thule 0:48
2. Return to the Morbid Reich 3:26
3. The Black Eye 4:12
4. Come And See My Sacrifice 4:44
5. Only Hell Knows 2:13
6. I Am Who Feasts Upon Your Soul 4:50
7. Don't Rip the Beast's Heart Out 3:58
8. I Had A Dream... 3:02
9. Lord of Thorns 2:38
10. Decapitated Saints 2:41
11. They Are Coming... 1:46


Vader - I Am Who Feasts Upon Your Soul

Friday, December 9, 2011

Bracia rozczarowali...

W marcu ukazała się druga już płyta nowej formacji braci Cavalera 'Blunt Force Trauma". Po świetnym „Inflikted” ostrzyłem sobie na nią zęby, tym bardziej, ze z zapowiedzi Maxa, jakie pojawiały się tu i tam wnioskować można było, iż materiał jest jeszcze lepszy. O ile jednak płyta „Inflikted” mogła rzucić na kolana o tyle najnowszy krążek Cavalera Conspiracy już niekoniecznie. Jest kilka ciekawych kawałków np.: „I Speak Hate”, które nieźle się rozkręcają by nagle… no właśnie stracić impet, nie wiem czy to celowy zabieg, mnie on nie przypadł do gustu. Byłbym oczywiście wysoce niesprawiedliwy gdybym nie przyznał się do tego, że niektóre utwory przypadły mi mimo wszystko do gustu, jeżeli nie w całości w to przynajmniej w jakieś części. Niestety nie jest ich za wiele, przez co płyta wydaje się być mocno średnia. Jak to w kinie… momenty są, ale jest ich zdecydowanie za mało, kompozycje mają potencjał, ale nie został on wykorzystany w pełni i chyba trochę przekombinowany, co mocno rozczarowuje, gdy początek utworu mocno nakręca, by prowadzić donikąd. W utworze „Lynch mob” usłyszeć możemy Rogera Mireta z Agnostic Front i to chyba jedyna ciekawostka dotycząca tej płyty.

Cavalera Conspiracy - Blunt Force Trauma
1. Warlord 3:05
2. Torture 1:51
3. Lynch Mob (Featuring Roger Miret of Agnostic Front) 2:31
4. Killing Inside 3:28
5. Thrasher 2:49
6. I Speak Hate 3:10
7. Target 2:36
8. Genghis Khan 4:23
9. Burn Waco 2:52
10. Rasputin 3:22
11. Blunt Force Trauma 3:58


Cavalera Conspiracy - I Hate Speak

Thursday, December 8, 2011

Nieważne pierwsze wrażenie...


Chimaira, amerykański gigant groove metalu regularnie co dwa lata uświadcza nas swoją nową produkcją, nie inaczej było i w tym roku, krążek „The Age Of Hell”. Po pierwszym przesłuchaniu byłem lekko zniesmaczony, trochę to bez wyrazu… ale mój pogląd zmieniał się z każdym następnym przesłuchaniem krążka, nie zamierzałem się poddawać. Płyta jest mocno zróżnicowana, oprócz typowych dla Chimaira kawałków jak tytułowy „The Age of Hell”, „Born In Blood” znajdują się tam na przykład takie utwory jak „Year of The Snake”, w którym odnajduje inspiracje starym Slayerem, czy też „Beyond The Grave”, który zupełnie zdaje się nie pasować do stylu chłopaków z Cleveland. Po raz kolejny okazało się, że pierwsze wrażenia można wrzucić do kosza. Płyta okazuje się być zróżnicowana i oferuje sporo radości słuchaczowi. Zespół ten stanowi czołówkę nowej fali metalu w Stanach i ta płyta tylko to potwierdza.

Chimaira - Age of The Hell
1. The Age of Hell 3:32
2. Clockwork 3:43
3. Losing My Mind 4:57
4. Time Is Running Out 4:13
5. Year of the Snake 3:41
6. Beyond the Grave 4:54
7. Born in Blood (featuring Phil Bozeman of Whitechapel) 4:08
8. Stoma 1:28
9. Powerless 4:31
10. Trigger Finger 3:54
11. Scapegoat 4:32
12. Samsara (featuring Emil Werstler of DÅÅTH) 6:12


Chimaira - Year Of The Snake

Friday, November 18, 2011

"Dzieci" wracają na scene...


Dzieci znad jeziora Bodom, Finowie prowadzeni przez Alexiego Laiho, w marcu wydali swój siódmy album „Relentless Reckless Forever” do której podszedłem bardzo sceptycznie z uwagi na to, że zespół ten zawsze ciężko mi było zaklasyfikować, a dobre albumy przeplatali dużo słabszymi (jak chociażby ostatni „Blooddrunk”). Okazało się jednak, że niesłusznie, najnowsza produkcja jest świetna, Alexi potwierdza na niej swoja opinie, jednego z najlepszych i najszybszych gitarzystów na scenie, energetyczne granie ostro przesterowanych gitar nieźle komponuje się z klawiszami Janne Wirmana. Płyta zawiera to co w tej muzyce lubię najbardziej, doskonałe gitary, świetne solówki i szybkie riffy to dla mnie kwintesencja metalu. Jakkolwiek charakterystyczny wokal Alexiego jest wizytówką COB, nie jest on za bardzo w moim guście, ale co robić, to już znak firmowy tej kapeli i bez tego nie było by to samo.
Reasumując klika świetnych kawałków składa się na płytę, która trwa 36 minut i nie nudzi się ani trochę i to nie tylko z uwagi na to, że nie jest specjalnie długa. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że Children of Bodom znów w formie.

Children of Bodom - Relentless Reckless Forever
1. Not My Funeral 4:55
2. Shovel Knockout 4:03
3. Roundtrip to Hell and Back 3:48
4. Pussyfoot Miss Suicide 4:10
5. Relentless Reckless Forever 4:42
6. Ugly 4:13
7. Cry of the Nihilist 3:31
8. Was It Worth It? 4:06
9. Northpole Throwdown 2:55


Children of Bodom - Not My Funeral

Tuesday, November 15, 2011

Jeżeli jest dobrze, nie ma co zmieniac...

Arch Enemy szwedzki przedstawiciel melodyjnego death metalu i już ósmy album tego zespołu. Bracia Amott na gitarach i Angela Gossow na wokalu, to cechy charakterystyczne tej kapeli, a poza tym kawał naprawdę soczystej muzy. Album zatytułowany ‘Khaos Legions” niespecjalnie mnie zaskakuje i to dobrze, nie lubię gdy zespól zaczyna eksperymentować i szukać nowych dróg, bo często kończy to się dla nich słabo. Arch Enemy daje kopa w swoim stylu i za to jestem im wdzięczny. Spotkałem się z różnymi opiniami na temat kobiecych growlingów, niektórzy ich nienawidzą i twierdzą, że obniżają wartość muzyczna swoich kapel, dla mnie to znak czasu, coś w stylu „kobiety na traktory”, akceptuję to i dzięki temu zapewne mogę skupić się na walorach muzycznych. Angela wokal niewątpliwie ma świetny i mimo, że nie jest moja ulubiona wokalistką to przyzwyczaiłem się do niej już na tyle, że nie wyobrażam sobie Arch Enemy z męskim wokalem. Niedawno grali w Warszawie, niestety z różnych względów nie mogłem pojawić się na koncercie, czego oczywiście żałuje.
„Khaos Legions” to kawał dobrej muzy, świetne przejścia, niezłe partie gitarowe, chce się tego słuchać, a stopa sama zaczyna wystukiwać rytm. Na płyte składa się 13 soczystych dobrze wykonanych utworów plus intro (edycja japońska zawiera 16 utworów), płytę tę z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim fanom melodyjnego czadu bo w końcu "I am who I am, take it or leave it"!

Arch Enemy - Khaos Legions
1. Khaos Overture (intro) 1:31
2. Yesterday is Dead and Gone 4:22
3. Bloodstained Cross 4:49
4. Under Black Flags We March 4:41
5. No Gods, No Masters 4:15
6. City of the Dead 4:31
7. Through the Eyes of a Raven 5:12
8. Cruelty Without Beauty 5:00
9. We Are a Godless Entity (Instrumental) 1:34
10. Cult of Chaos 5:11
11. Thorns in my Flesh 4:55
12. Turn to Dust (Instrumental) 0:39
13. Vengeance is Mine 4:09
14. Secrets 4:08


Arch Enemy - City Of The Dead

Thursday, November 10, 2011

Jak Niemcy to po niemiecku...

Niemiecki band Abrogation to może nie ekstraklasa death metalowego grania, ale na pewno jeden z zespołów na scenie melodic death metalu, który warto znać. Grają już ponad 16 lat i mają w dorobku 7 albumów, właśnie 7 płyta Niemców "Tief Schwarz Blutig Rot", jest tematem mojego dzisiejszego wpisu. Abrogation swoje utwory wykonuje po niemiecku, co nadaje im specyficznego smaczku, mimo, że język tej bardziej kojarzy mi się z muzyka gotycką to w death metalowej wersji brzmi to poprawnie i nie odrzuca, nawet takiego germanofoba jak ja.
Płyta zawiera 13 utworów, o tematyce średniowiecznej (zresztą do tego Abrogation już mnie przyzwyczaiło), aczkolwiek w metalu teksty nie mają dla mnie większego znaczenia, tak więc nie będę się nad nimi rozwodził. Sama muzyka nie jest odkrywcza, z niemieckim vocalem tworzy specyficzna mieszankę i słucha się tego przyjemnie, aczkolwiek na kolana nie rzuca i raczej ponad pewien poziom zespół raczej już nie wzleci. Kolejna kapela z niezłym warsztatem, ale bez tego błysku, który mógłby ich uczynić wyjątkowymi na scenie. W ich muzyce zauważyć można pewne skłonności do pagan metalu, co w przyszłości być może zaowocuje produkcją całkowicie w nurcie muzyki pogańskiej, póki co są jednak to tylko pewne przebłyski a nie stała tendencja.
Ciekawostką związaną z Abrogation jest ich frontman Schwarte, który na scenie występuje w okularach korekcyjnych, co dla mnie osobiście było zaskoczeniem, gdyż nie przypominam sobie innych muzyków metalowych, którzy na scenie noszą okulary, a przynajmniej wokalistów wykonujących headbanging w okularach.

Abrogation - Tief Schwarz Blutig Rot
1. Zum letzten Meer 02:32
2. Des Pfarrers Tauben 03:47
3. Tief schwarz, blutig rot 05:03
4. Bei Nacht 03:30
5. Eiswind 03:29
6. Magdeburger Hochzeit 05:57
7. Treibjagd 04:04
8. Das Nordmannische Heer 04:13
9. Herr Richter 04:13
10. Tauge nichts 04:02
11. Abgrund 04:26
12. Vom Ende der Welt 04:57
13. Ausweg 01:49


Abrogation - Des Pfarrers Tauben

Wednesday, November 9, 2011

Jeszcze nie opera...

Dimmu Borgir, zespół od lat wzbudzający najwięcej kontrowersji w blackmetalowym światku, ma zapewne tyle samo zwolenników co zaprzysięgłych przeciwników. Ja należę do tych pierwszych, być może z uwagi na fakt, że nigdy nie byłem fanem ortodoksyjnego black metalu, który dla mnie osobiście jest muzyką dosyć prymitywną przez co mało interesującą. Oczywiście to moje subiektywne zdanie, gdyż głosząc takie tezy wśród fanów BM, zasłużyłbym sobie zapewne na zawiśnięcie na krzyżu i to odwróconym.
Co prawda od ukazania się ich najnowszego dzieła „Abrahadabra” upłynął już ponad rok, to jednak postanowiłem tutaj opisać moje wrażenia z tej płyty. W moje ręce trafiła limitowana wersja wydana na rynek japoński, w którym znalazły się dwa bonusowe kawałki symfoniczna wersja "Gateways" i cover „Perfect Stranger” Deep Purple. Na płycie pojawia się wątek polski w postaci perkusisty Daray’a, natomiast z zespołu „odeszli” Mustis i Vortex. Najnowsze dzieło Norweskiego giganta, przypomina ich ostatnie dzieło „In Sorte Diaboli”, znow jest symfonicznie i monumentalnie, tak więc zmiany personalne w zespole nie wpłynęły znacząco na muzykę. Żeńskie chórki i niemalże operowe wokale, przeplatane growlingiem Shagratha, słyszalny udział Norweskiej Orkiestry Radiowej, to wszystko składa się na wrażenie, że nie mamy tutaj do czynienia nie z metalową płyta a z mrocznym dziełem symfonicznym. Symfoniczny Black metal, to pojecie od jakiegoś czasu funkcjonujące jako odrębny styl muzyczny i Dimmu Borgir jawi mi się jego głównym przedstawicielem, a płyta ta tylko to potwierdza.
„Abrahadabra” jest dziełem, a nie zbiorem utworów sensu stricte, wszystko to wpasowuje się w jakąś większą całość i mnie się to podoba. Zresztą jak już wspominałem lubię Dimmu Borgir, wiem czego się po nich spodziewać i nie oczekuję nagłej zmiany kursu w ich muzycznym rejsie, podoba mi się to co tworzą i dlatego po nich sięgam, a czy to jeszcze black metal czy już może operetka to zupełnie inna sprawa...

Dimmu Borgir - Abrahadabra
1. Xibir 2:50
2. Born Treacherous 5:02
3. Gateways 5:10
4. Chess with the Abyss 4:08
5. Dimmu Borgir 5:35
6. Ritualist 5:13
7. The Demiurge Molecule 5:29
8. A Jewel Traced Through Coal 5:16
9. Renewal 4:11
10. Endings and Continuations 5:58
11. Gateways (orchestral version) 5:44
12. Perfect Strangers (Deep Purple cover) 5:01


Dimmu Borgir - Gateways

Tuesday, November 8, 2011

Miał być koncert...

Z zespołem Trivium spotkałem się kilka lat temu przy okazji ich dwóch metalcore’owych płyt „Ascendancy” (2005) i „The Crusade” (2006), zafascynowałem się w owym czasiem tym prężnie rozwijającym się nurtem ostrego grania i słuchałem praktycznie wszystkiego co z nurtem tym było kojarzone. W natłoku kapel rożnego sortu kilka utkwiło mi w pamięci, między innymi Trivium.
11 listopada w warszawskiej Progresji Trivium ma dać koncert promujący ich nową płytę „In Waves”, jako, że początkowo wybierałem się na ten koncert (w chwili obecnej już wiem, że jednak nie będę mógł na nim być), postanowiłem zapoznać się z płytą, która nota bene zebrała bardzo dobre opinie w metalowym światku. W ręce wpadła mi limitowana edycja albumu „In Waves” zawierająca 13 utworów + 5 bonusów, łącznie ponad godzina grania. Płytę przesłuchałem jak to mam w zwyczaju kilkakrotnie, zanim pokusiłem się o jakąkolwiek ocenę.
Czyste wokale Matta Heafy’ego przeplatają się z metalcore’owym wrzaskiem Corey’a Beaulieu, utworzy są melodyjne, spójne i pomimo lekkich przestojów bardzo energetyczne. Innymi słowy Trivium daje czadu. Świetne solówki, niezłe riffy, zmienność tempa… to wszystko sprawia, że album mimo, aż 18 utworów nie nudzi. Trivium dostarcza nam ponad godzinnej rozrywki naprawdę wysokich lotów. Płyta może się podobać i w sumie wypada mi żałować, że nie będę mógł być na piątkowym koncercie.

Trivium - In Waves
1. Capsizing the Sea 1:30
2. In Waves 5:02
3. Inception of the End 3:48
4. Dusk Dismantled 3:47
5. Watch the World Burn 4:53
6. Black 3:27
7. A Skyline's Severance 4:52
8. Ensnare the Sun 1:22
9. Built to Fall 3:08
10. Caustic Are the Ties That Bind 5:34
11. Forsake Not the Dream 5:20
12. Drowning in Slow Motion 4:29
13. A Grey So Dark 2:41
14. Chaos Reigns 4:07
15. Of All These Yesterdays 4:21
16. Leaving This World Behind 1:32
17. Shattering the Skies Above 4:45
18. Slave New World (Sepultura cover; Max Cavalera, Igor Cavalera, Andreas Kisser, Paulo Jr., Evan Seinfeld) 2:58


Trivium - Watch The World Burn

Monday, November 7, 2011

Rozczarowanie? Chyba nie do końca...

Zastanawiałem się od czego by tu zacząć, ale chyba nie mogło być inaczej. Najbardziej chyba oczekiwana przeze mnie płyta tego roku. „Sounds of a Playground Fading” najnowszy krążek szwedzkiego kwintetu, który ukazał się w czerwcu tego roku. Spodziewałem się, że będzie inna od dotychczasowych z uwagi na odejście Jespera Strömblada założyciela i wieloletniego lidera grupy. Jesper jak przystało na prawdziwego rockersa brał z życia co najlepsze, niestety jego silna wola okazała się niewystarczająco silna i alkohol zaczął rządzić jego życiem, wynikiem czego zapadła decyzja o jego odejściu. Ale dość o tym, miałem tu pisać o muzyce, a nie o muzykach.
Pierwsze przesłuchanie było jednocześnie wielkim rozczarowaniem, nie tego się spodziewałem, jakieś to wszystko za wolne, za mało energetyczne, zespół klasyfikowany jako jeden z twórców melodic death metalu melodycznie gra nadal i owszem, ale jakoś bez tej dynamiki i agresywności do jakiej mnie przyzwyczaili.
Z każdym kolejnym przesłuchaniem tej płyty podobała mi się jednak ona coraz bardziej. Nie jest to granie jakiego oczekiwałem, jest inne, co jednak nie znaczy, że jest gorsze. Fridén częściej śpiewa niż wrzeszczy, udowadnia jednak, że potrafi to robić. Wolne niemalże usypiające fragmenty utworów przeplatają się z agresywnym i szybkim graniem. Nie będę szczegółowo analizował i recenzował poszczególnych utworów, bo nie taki jest cel tego bloga. Oddaje jedynie moje subiektywne odczucia na temat muzyki, a ta na płycie „Sounds of a Playground Fading” jest genialna. Są takie płyty, które by pokochać trzeba wysłuchać wiele razy i biedny ten kto po pierwszym razie się zniechęci… w końcu "We trust In Flames".

In Flames - Sounds Of A Playground Fading
1. Sounds Of A Playground Fading 04:44
2. Deliver Us 03:31
3. All For Me 04:31
4. The Puzzle 04:34
5. Fear Is The Weakness 04:01
6. Where The Dead Ships Dwell 04:26
7. The Attic 03:12
8. Darker Times 03:25
9. Ropes 03:43
10. Enter Tragedy 03:59
11. Jester's Door 02:34
12. A New Dawn 05:52
13. Liberation 05:01


In Flames - Delivery Us

Na poczatku byla idea, czyli calkowity brak idei...

Blog ten dedykuje samemu sobie. Nie powstal on z checi szerzenia jakichkolwiek tresci, pogladow czy opinii, powstal on dla mnie. Slucham sporo muzyki, lepszej, czasem gorszej. Moja wielka miloscia jest muzyka metalowa w swych roznych odmianach z naciskiem na te mocniejsze, szybsze i brutalniejsze.
W metalu najwazniejsza jest dla mnie muzyka, dolaczona do tego ideologi czy roznorakie przeslania nie maja znaczenia, zreszta wiekszosc zespolow sluchanych przeze mnie stosuje techniki wokalne uniemozliwiajace rozpoznanie tekstu, tak wiec...
Bede w tym blogu opisywal sobie roznorakie sluchane przeze mnie plyty z naciskiem na te najnowsze, ale nie uchronie sie pewnie od wielu podrozy sentymentalnych, gdyz metalu slucham od 1986 roku, a wiec kawal czasu.